Jerzy Dudek dla Weszło: – W moje życie wkradł się chaos…

Wywiad opublikowany 13.03.2012 na Weszło

Odpowiada panu takie życie od spotkania do spotkania? Na wywiad umawialiśmy się dość długo, a wydawać by się mogło, że piłkarz po karierze ma kupę czasu wolnego.
Nie wiem, jakie masz doświadczenia z piłkarzami, ale wydaje mi się, że jest na odwrót. W trakcie kariery prowadziłem dużo bardziej zdyscyplinowane życie. Popołudniami praktycznie cały czas byłem wolny. Teraz w moje życie wkradł się w chaos. Nie mam takiej dyscypliny jak wcześniej, na wiele rzeczy nie mam czasu. Może przez to, że tyle lat byłem za granicą i to wszystko, co zaniedbałem, próbuję teraz nadrobić.

Podobno im więcej zajęć, tym łatwiej się zorganizować.
Jeśli te zajęcia są sprecyzowane, to tak. A ja jeszcze nie jestem pewien, co chcę robić w życiu. Nie zdeklarowałem się, że kończę karierę. Na razie zdecydowaliśmy z rodziną, że wracamy do kraju i tu się organizujemy. Stąd ten chaos, ale jest to chaos kontrolowany, bo gdybym nie chciał tego robić, to bym odpuścił. Na razie chce się rozejrzeć, czy jestem w stanie przeskoczyć z życia czynnego piłkarza do osoby bardziej dorosłej i odpowiedzialnej.

Castrol, z którym pan współpracuje, prosił, żeby odwlekał pan decyzję o ogłoszeniu końca kariery? Żeby Jerzy Dudek nie był już ex-piłkarzem?
Nie, absolutnie. Castrolowi pewnie bardziej by zależało, żebym kontynuował karierę. To nie ma związku ze sponsorami. Przedwczoraj byłem na pogrzebie Włodka Smolarka i jak tak patrzyłem na jego dokonania… To niesamowity zbiór, legenda, a minęło tak szybko. Nie chciałbym od razu podejmować decyzji, bo to nieodwracalne. Tym bardziej, że siedzi człowiek w domu, patrzy w ekran i myśli: „kurczę, jeszcze bym pograł…”.

Budzi się następnego dnia i…? Odkłada decyzję na później?
To też kwestia ofert…

Nie przekona mnie pan, że nie ma ofert.
Oczywiście, że mam, ale muszą one być atrakcyjne ze sportowego punktu widzenia. A takich nie ma. Wiesz… Wyjazd do Korei? Do Kataru? Dziś takie wyjazdy mnie sportowo nie pociągają. Mam też mnóstwo projektów, które odciągają mnie od zakończenia kariery. Już nawet nie mówię o Castrolu czy Ferrero, ale też tych przy Euro.

Jakie oferty byłyby dla pana atrakcyjne?
Myślałem o Anglii, Holandii… Ale musiałaby się zgodzić moja rodzina, bo nie wyobrażam sobie wyjazdu bez niej. W moim wieku nikt nie da mi kontraktu pięcioletniego. W Holandii grałem pięć lat, w Liverpoolu sześć, w Realu cztery. Teraz wszyscy mówią, że rok to maksimum. A jechać gdzieś na rok z rodziną to problem.

Mijają kolejne dni i jest pan coraz bliżej decyzji o zawieszeniu butów na kołku czy jednak wznowieniu kariery? Bo waha się pan bardzo długo.
Czasami jest tak, że się budzę i najchętniej poszedłbym na trening. Ale potem jestem zapracowany i nie mam czasu na myślenie o graniu. Koledzy mi mówią, że jeśli czuję się na siłach – a czuję się – to nie powinienem kończyć z graniem. Podejmę decyzję po Euro. Może pójdę na kurs trenerski…

I będzie się pan zmagał z takimi problemami jak koledzy z reprezentacji, Hajto i Świerczewski? Nie uważa pan, że ludzie z takim dorobkiem powinni dostać licencję od ręki?
Absolutnie. Mamy doświadczenie, ale nie mamy potwierdzenia w teorii. Sam chciałbym to skonfrontować z teorią. Problem polega na tym, że wybitni reprezentanci Polski czy ludzie, którzy grali na najwyższym poziomie, powinni mieć ułatwiony dostęp do edukacji. Tak się robi na całym świecie. W Liverpoolu co poniedziałek przyjeżdżała do nas grupa trenerów i oferowała zajęcia w programie UEFA A. PZPN też powinien tak działać. Otworzyć się i wyjść do tych chłopaków. I niech nie trwa to pięć lat, bo każdy z nas ma swoje ambicje.

Zgłosił się pan do tego kursu w Liverpoolu?
Tak, było nas ośmiu i wszyscy z zagranicy. Sami Hyypia, Vladi Smicer, Patrik Berger… Ale kurs ukończyło tylko czterech. Ja też nie dałem rady, bo miałem wyjazdy na kadrę i nie mogłem przychodzić na zajęcia w poniedziałki. Zresztą nie było mi wtedy potrzebne na maksa. Choć jakbym miał ten kurs, to dziś idę tylko na najwyższy szczebel, czyli UEFA Pro. Liczę tylko, że PZPN po tych wszystkich przejściach wyciągnie wnioski i ułatwi chłopakom pracę.

Wiele razy opowiadał pan, że w trakcie kariery podpatrywał trenerów pod kątem swojej przyszłej pracy. I teraz ma pan usiąść w ławce i słuchać trenera, który od dawna nie jest w zawodzie? Hajto w trakcie zajęć grał z jednym z wykładowców w tenisa.
Na AWF-ie też nie jest tak, że musisz być na wszystkich zajęciach. Nie muszę iść na wykłady z prowadzenia rozgrzewki, bo wiem, jak ją poprowadzić. Ważne, żebyś przyszedł na egzamin. A ogólnie powinno być tak: 60 meczów w reprezentacji – takie ulgi, 30 meczów lub 300 w lidze – takie. Żeby to nie było takie polskie, że uśmiechniesz się do wykładowcy, to cię skieruje na egzamin, a jak nie, to masz problem. Jestem podbudowany powrotem Piotrka i Tomka do polskiej piłki, bo takich postaci nam brakuje, tylko te konflikty są niepotrzebne. Najważniejsze, żeby nie zatracili swojej osobowości. Z doświadczenia wiem, że jako zawodnik myślisz, że sam byś poprowadził drużynę lepiej, a jak już ją dostaniesz, to masz dwadzieścia problemów, o których byś nawet nie pomyślał. Musisz wykonać robotę za 25 zawodników, przekonać ich do swojej filozofii, a zadowolonych będzie jedenastu.

Patrząc na zawody, które są panu proponowane, który ma najwięcej plusów, a który minusów? Trener, dyrektor sportowy, menedżer, skaut czy prezes PZPN?
Chciałbym być trenerem. Ale nad dyrektorem koordynującym szkolenie młodzieży też bym się zastanowił.

I też liczyłby pan na atrakcyjne oferty, czy nad przeciętnym polskim klubem też by się pan zastanowił?
Wszystko zależy od projektu, miejscowość nie ma znaczenia. Chciałbym być w miejscu, w którym po dziesięciu latach powiedzielibyśmy sobie z prezesem: „patrz, wykonaliśmy dobrą robotę”.

A prezes PZPN? Takie propozycje też padały.
A co to zmieni, jak powiem, że chcę być prezesem? Nic nie zmieni.

A chce pan?
Mógłbym być, oczywiście. Bardzo dobrze czuję się na salonach, szczególnie na zagranicznych, ale nie wiem, czy to dobra pozycja dla mnie. Chyba jestem za młody, żeby być prezesem PZPN, bo standardy są zupełnie inne (uśmiech). Musiałbym mieć niesłychane poparcie środowiska wewnętrznego. Może byłbym dobrą opcją, żeby wyznaczać nowe kierunki, żeby nie było konfliktów. Teraz tego nie widać i kibice są nastawieni negatywnie.

(rozmowę przerywa telefon. Dzwonek z piosenką „se eu te pego”).

Ronaldo i Marcelo wgrali to panu?
Niee, ale Marcelo cały czas puszczał takie rytmy w szatni. Wchodził, wkładał iPoda i leciało.

A pan co puszczał?
Ja raczej nic. Wolałem polskie piosenki, a muzykę w szatni zostawiałem innym.

W 2009 roku powiedział pan, że chciałby zagrać na Euro 2012. Kiedy pogodził się pan z tym, że to niemożliwe?
W 2009? Gdybym zmienił klub, to może bym zagrał. Ale siedząc na ławce nawet w największym klubie, nie ma na to szans. Nigdy nie rozmawiałem z trenerem Smudą. Nie pytał, czy mógłbym być trzecim bramkarzem.

A mógłby pan? Do niedawna toczyła się dyskusja, czy Artur Boruc mógłby być zmiennikiem Szczęsnego.
Zależy, czy trener potrzebuje pewniaka na bramce, czy chce wyzwolić rywalizację. Ja w Liverpoolu miałem problem z drugim bramkarzem, Chrisem Kirklandem, bo trener bramkarzy wyzwolił taką rywalizację, że nie dość, że Kirkland nie osiągnął moich umiejętności, to jeszcze ściągnął mnie do swojego poziomu. I biliśmy się na tym niższym poziomie.

Proszę kontynuować.
Jeśli trener bramkarzy koncentruje się bardziej na drugim bramkarzu, to prowadzi do dyskomfortu. Zapomina się o tym, kto jest najważniejszy i kto ma być numerem jeden. Dziś w reprezentacji Wojtek gra bardzo dobrze, nie daje trenerowi powodów, żeby myślał o podniesieniu rywalizacji. W takim układzie z Fabiańskim i trzecim bramkarzem czuje się najlepiej. Powołanie Artura Boruca w takiej sytuacji byłoby błędną decyzją, bo Smuda przyznałby się do błędu i mógłby stracić autorytet.

Jerzy Dudek po hiszpańsku…

Przez ostatnie sezony w Realu często wspominał pan o odejściu. A jednak decydował się pan na pozostanie.
Jeszcze zanim podpisałem kontrakt z Realem – choć od trzech miesięcy wiedziałem, że Real mnie chce – doszedłem do porozumienia z prezesem Betisu, który korzystał jednak z dziwnych praktyk…

Ściągnął w tym samym czasie kolejnego bramkarza.
Ściągnęli Ricardo za moimi plecami, ja czekam kilka godzin na spotkanie, a oni: „musisz podpisać, bo mamy nowego bramkarza i potrzebujemy rywalizacji”. Nie zgodziłem się i zadzwoniłem do Mijatovicia. A on: „super, gdzie jesteś, to przyślemy samolot”. Nie mogłem powiedzieć, że jestem w Hiszpanii, bo byłoby nieładnie. Powiedziałem, że sam dolecę do Madrytu. Bardzo mi to zaimponowało, że tak wielki klub mnie chce. Później, pół roku przed wygaśnięciem kontraktu, nowy dyrektor sportowy, Valdano, zapytał o moje plany i powiedział, że są bardzo ze mnie zadowoleni i znowu chcą go przedłużyć. A czwarty rok w Realu to efekt przyjścia Mourinho. To taka wisienka na torcie w mojej edukacji jako przyszłego trenera.

Przyszłego trenera, a nie czynnego piłkarza?
Trenowanie z takimi zawodnikami wyzwala dodatkową motywację. Nie ma, że nie grasz miesiąc czy dwa, musisz być gotowy. W końcu przed ostatnim meczem, z Almerią, ktoś powiedział, że byłem najlepszym rezerwowym bramkarzem w historii klubu.

Wystarczyło nie mieć toksycznego wpływu na resztę drużyny?
Nie wiem, ale po tym spektakularnym pożegnaniu, które zafundowała mi drużyna, pojawiła się polemika – dlaczego żegnają w ten sposób czteroletniego rezerwowego? Tyle tylko że byłem jednym z nielicznych, którzy odchodzili z klubu bez konfliktu. Słuchaj, ja przychodziłem do Realu bez kompleksów. Zdobyłem Ligę Mistrzów, a tam 80% nie miało tego w CV. Szukali kogoś, kto zmobilizuje Ikera do wytężonej pracy i chyba mi się udało. Spodziewałem się, że w szatni będzie mnóstwo chimerycznych osób, ale od początku wiedziałem, że nie będę się wdawał w dziwne gierki, nie będę narzekał w prasie na to, że nie gram. Wchodzę w końcu do szatni, a tam super serdeczność. Pierwszy trening, podchodzi Cassano, który widzi mnie pierwszy raz na żywo i: „Witaj, co słychać?!”. Normalny gość. Ludzie, którzy spotykają mnie na ulicy też czasem mówią: „ej, ty jesteś normalny”. A jaki mam być? Skoro osiągnąłem sukces, to mam być niedostępny, nosić się i wywyższać? W Realu tego nie było.

Ale kilku zawodników cieszy się nie najlepszą opinią kibiców. Ronaldo – wiadomo. Taki Sergio Ramos też jest traktowany jako średnio inteligentny gość.
Jak ktoś ze Śląska, jedzie do Poznania i mówi ze śląskim akcentem, to nie znaczy, że jest średnio inteligentny. Z Sergio przypuszczam, że jest identycznie. Ma akcent andaluzyjski i może dlatego to tak postrzegają. A to jedna z najfajniejszych osób w szatni. Pierwszy do pomocy. Jak chciałem namówić piłkarzy, żeby wzięli w udział w akcji „Szlachetna Paczka”, to on od razu: „kiedy? Gdzie?Jak skończę trening, to przyjdę i przywiozę te rzeczy”.

Cristiano…Wiadomo, jaki ma wizerunek. Lubi przyaktorzyć, gestykulować i zwracać na siebie uwagę. Ale w szatni to ciężki pracuś i superprofesjonalista. Tylko ta gestykulacja wzbudza sporo zainteresowania. Trener mówi: „kurde, Cristiano, co ty znowu pokazujesz?”. Ale to tak jak z Tomaszewskim. Gdyby nie gadał tak, jak gada, to byś go nie zauważył i byłby jednym z szarych ludzi. Cristiano tak samo. Powiedział kiedyś w szatni: „ja się nie zmienię. Nie potrafię się kontrolować. To moja osobowość”.

Media hiszpańskie często piszą, że szatnia Realu jest podzielona na grupki.
W każdym klubie tak jest. Miejscowi i obcokrajowcy. W Krakowie krakusy też nie chodzą na Rynek, tylko gdzie indziej, bo Rynek jest dla turystów. W Realu były wcześniej grupki holenderskie, argentyńskie, a teraz? Ale jak ma Cristiano rozmawiać z Marcelo i Pepe? Po portugalsku, to jasne. Na boisku Cristiano cieszy się z nimi, bo Marcelo i Pepe to jego najlepsi przyjaciele.

Skoro już jesteśmy przy Pepe…
Wspomniałem, że Ramos jest najserdeczniejszy, ale Pepe jest na tym samym poziomie.

W jego przypadku już nawet nie chodzi o wizerunek medialny, tylko o zachowanie.
Ale po zejściu z boiska jest zupełnie innym człowiekiem. Boję się, że media wykreują u Pepe niechęć, żeby się udzielać, ale z tego, co widziałem, pozostał taki sam. Nawet jak nadepnie Messiego na stopę lub kogoś przypadkowo kopnie.

No chyba nie do końca przypadkowo…
To detale, które odgrywają w piłce ważną rolę.

Dobra, zostawmy to. Nie myślał pan o pozostaniu w Realu w innej roli? Często podkreslał pan, że powiedzenie „życie jak w Madrycie” idealnie pasowało do okresu, który spędził pan w Realu.
Ale bycie trenerem bramkarzy to nie moja misja. Jeszcze nie teraz. Może za dwadzieścia lat, jeśli nie będę miał innej opcji? Po to edukowałem się za granicą, żeby w końcu przekazać tę wiedzę w Polsce. Nie chcę tylko odcinać kuponów. Dostałem dar od losu, podpisałem półzawodowowy kontrakt, który wyciągnął mnie z kopalni węgla kamiennego i teraz chcę to wykorzystać. Miałem przekonanie, że jak już wskoczyłem na tę falę, to muszę się na niej utrzymać. Przez całą karierę ta kopalnia tkwiła w mojej podświadomości. Do dziś mam przyjaciół, którzy tam pracują i brakuje im kilka lat do emerytury.

A z Realu zostały jakieś przyjaźnie? Utrzymuje pan z kimś stały kontakt?
Kontakt mam z Xabim Alonso, Khedirą, Ozilem… Czasem napiszę sms-a Kace. Z Cristiano widujemy się przy wspólnych działaniach Castrola. Ale nie mam ciśnienia, żeby cały czas z nimi rozmawiać. Ktoś czasem mówi: – Polećmy na mecz Realu!
– Dajcie spokój. Nie chce mi się, byłem tam cztery lata. Chcecie lecieć, to wam załatwię bilety na mecz.

Ronaldo nie odezwał się po meczu z Polską? Nie narzekał na kibiców?
Nie, bo na treningu widział ich serdeczność, podpisał autografy, stanął do zdjęcia. Ale jak już biją brawo przy hymnie gości – Cristiano mówił, że pierwszy raz widział coś takiego w życiu – to mogliby zawodnika też pożegnać aplauzem. Arteta, były piłkarz Evertonu, przechodzi do Arsenalu, doznaje kontuzji w meczu z Liverpoolem i wszyscy biją brawo. Takich zachowań musimy się uczyć. Nie mówię, żeby nagradzać brawami każdą akcje Ronaldo, ale akurat on polskim kibicom się specjalnie nie naraził. Kiedy w polskiej lidze przy prezentacji drużyny gości kibice będą bili brawo, to będzie pierwszy krok do prowadzenia normalności. UEFA wprowadza fair play, zawodnicy podają sobie ręce, ale pasowałoby jeszcze zorganizować taką akcję dla kibiców.

Pan im podpadł, mówiąc po rozróbie w Bydgoszczy, że powinno się zamknąć stadiony.
Powiedziałem, że decyzja o zamykaniu stadionów jest uzasadniona, bo nie może być tak, że cofamy się o dwadzieścia lat i robimy bitwę na środku boiska.

To odosobniony przypadek, Bydgoszcz była nieprzygotowana.
Dobrze, ale każdy powinien być przygotowany! Dlaczego kibice nie mogą się dogadać i powiedzieć: „panowie, pokażmy policji, że możemy kibicować bez aż takich antagonizmów!”. Każdy chce krytykować, a nikt nie znajduje drogi wyjścia. Na ulicy masz być kulturalnym człowiekiem, a stadion jest po to, żeby wyładować emocje.

Słyszałem opinie, że na nowych, ładnych stadionach kibice czują, że nie wypada im wszczynać burd.
Zawsze powtarzałem, że musimy zacząć od poprawy komfortu. Jak kibic będzie miał skórzany fotel i piękne otoczenie, to trudniej będzie o awanturę. W teatrze nie mobilizujesz aktorów okrzykami. A demolka…

OK, ale na meczach reprezentacji dopingu już nie ma.
Na Stadion Śląski przyjechali kiedyś ludzie z całej Polski i też nie było dopingu. Potem się zgrali, zaczęli machać szalikami i stworzyli jeden z największych kotłów w Europie. Dajmy kibicom czas. Na razie są prowokowani i nie wiedzą, w którą stronę iść. Jak wiemy, że policja ich prowokuje, to nie wpuszczajmy policji na stadiony. W Anglii na meczu widzę czterech policjantów.

Bo kary są drakońskie i kibice się boją.
To podstawa. Jak jadę autostradą, przekraczam prędkość i przychodzi mi zdjęcie z fotoradaru, to płace pięćset złotych. Nie ma dyskusji, że mam nowe auto. Mandat to mandat. Konsekwencja, egzekucja i do widzenia.

Mówił pan, że chce się teraz poświęcić na sto procent promowaniu polskiej piłki.
Bo tyle lat grałem za granicą, ludzie mnie kojarzą, „Jerzy Dudek – wiemy, wiemy”, ale nie, że z Polski. Nie jesteśmy pępkiem świata, obcokrajowcy średnio wiedzą, gdzie leży nasz kraj. Dlatego jesteśmy niesłychanymi szczęściarzami, że mamy taki turniej jak Euro. Powinniśmy Platiniemu wybudować pomnik, a Surkisowi przy każdej okazji dziękować za to, że nas wziął do organizacji. A my mamy tendencje, żeby łapać się najgorszych rzeczy i cieszyć z ich problemów. Taka nasza mentalność. Nie ma trzeźwego spojrzenia na zasadzie: mają problem z budową stadionu, na pewno go rozwiążą. Na Euro powinniśmy być jednym krajem. Cieszymy się, że zatrzyma się u nas kilkanaście drużyn, a na Ukrainie prawie nikt. O czym to świadczy? Jesteśmy członkami Unii i dla tych reprezentacji to bardziej komfortowa sytuacja. Ukraińcy tego nie mają, oligarchowie wybudowali stadiony z prywatnej kasy, ale nie mieli możliwości poprawić całej infrastruktury. Cieszmy się, że mamy to Euro, bo pokażemy Europie, że jest taki kraj jak Polska.

Na początku kariery często bywał pan ofiarą stereotypów.
W Liverpoolu miałem spokój, bo świat się zmniejszył, otwarto granice i w każdej restauracji pracowało dużo Polaków. Ale w Holandii mieliśmy takich w drużynie, którzy myśleli, że nam, Polaczkom, trzeba współczuć, pomóc, bo pewnie mieli ciężko w komunizmie i mieszkali za murem. Wszystko do momentu, kiedy jeden z tych znajomych obejrzał „Listę Schindlera” i prosił, żebym był jego przewodnikiem p o Krakowie. Dopytywał: „jest jeszcze ta fabryka? Mogę przyjechać?!”. Wziął dwóch kolegów, dyrektora sportowego i w czwórkę ruszyliśmy w miasto. Został mi w pamięci taki cytat: „Polska to kraj białych domków z czerwonymi dachami. Tu beemka, tam beemka”. Przyjechali i zobaczyli normalny świat. Sami powinniśmy dbać o taką tożsamość.

A w Realu jak podchodzili do piłkarza Polaka?
Niesamowicie było po katastrofie w Smoleńsku. Hiszpanie, którzy spotykali mnie na ulicy, składali mi kondolencje. „Dżezi, bardzo nam przykro, wiemy o przypadku”. Hiszpanie ogólnie coraz więcej wiedzą o naszym kraju.

Polska staje się tam modna. Widać choćby po Krakowie.
Polacy, szczególnie pracownicy z branży budowlanej, są tam też bardzo cenieni. A czasem jak lecę do Krakowa, 1/3 samolotu to turyści z Hiszpanii. Spotykam chłopaków w Katowicach, chcą ze mną robić zdjęcie. Pytam: – Co wy tu robicie?
– Studiujemy.

Dzwoni Chendo, legenda Realu, a dziś kierownik drużyny dzwoni i mówi, że jego syn leci do Krakowa. Pyta, co można zobaczyć w mieście i jaka waluta. Chłopak wrócił i był zafascynowany. Dlatego podkreślam – Euro to dla nas idealna propaganda.

Dobrze ją wykorzystujemy?
Dlaczego nie skrócimy szkoły, żeby więcej ludzi mogło w tym partycypować? Nie wszyscy będą mieli bilety. Myślę, że od czerwca – bo to miesiąc wakacyjny – będzie widać, że organizujemy Euro. Kraków na początku się martwił, że nie organizuje meczów, a teraz wszyscy się cieszą, bo są dwa piękne stadiony, przyjeżdżają trzy reprezentacje i mnóstwo kibiców. Powinniśmy też promować Polskę za granicą, żeby wprowadzić stan komfortu i bezpieczeństwa, że warto tu przyjechać. Popatrz, będą igrzyska w Soczi. Daleko i nie wiadomo, jakie warunki. Jeśli mnie uświadomią, że jest bezpiecznie, to chętnie się wybiorę. To też dotyczy Polski. Jak kibice się pobiją, to po trzech sekundach wszyscy w Europie o tym wiedzą. Zderzenie pociągów – wie cały świat.

Jak promocja Euro ruszy pełną parą, to się pewnie odezwie w panu nostalgia i będzie żal, że ogląda się taki turniej z trybun.
Żal to mi było, jak nie mogłem pojechać na Mistrzostwa Świata 2006. Powiedziałem, że decyzja trenera Janasa zabrała mi dwa lata, ale potem sobie uświadomiłem, że uratowała pięć lat. I miałem rację, bo atmosfera była tak zepsuta, że ten zespół nie był w stanie niczego osiągnąć. Teraz trener Smuda musi przede wszystkim o to zadbać. Nie mamy wybitnych piłkarzy, raczej średniej klasy i atmosfera będzie decydująca. Ale w jednej kwestii się pomyliliśmy. Dawanie szans wnukom Polaków, wychowanych w niemieckiej lub francuskiej szkole to dobry pomysł, ale nie powinniśmy rozdawać paszportów. Teraz tak jest. „Jedźmy tam, dajmy mu paszport”. Specjalna komórka do rozdawania paszportów. A co z naszymi chłopakami? Co ze szkoleniem? Jak w szkółce Lyonu pojawi się młody Zidane o polskim pochodzeniu, to warto z nim porozmawiać, ale najważniejsi są w Polacy. A my ich nie chcemy. 70 procent zawodników ekstraklasy to obcokrajowcy. To problem, który będzie miał wielkie konsekwencje.

Turcja i Cypr też ściągały obcokrajowców.
Nie mylmy pojęć. Może Turcja nie miała innej alternatywy. Wzorujmy się na Niemcach. Gdyby Ozil, który sam mówi, że czuje się Niemcem, nie miał paszportu i nie dostałby powołania, to grałby w Turcji. Czyli Turcja też ma alternatywę.

A my nie? Gra Eugen Polanski, mimo że mamy Ariela Borysiuka. Gra Perquis, a mamy Marcina Kamińskiego. Powołania dostaje Sebastian Boenisch, który w Werderze grał sto lat temu.
W Realu też tak jest – kibice wolą swoich. Ale wszystko zależy od tych chłopaków. Jak osiągną sukces na Euro, to się obronią. Ale każda decyzja, żeby dać kolejny paszport, może być destrukcyjna. Legia, Wisła, Lech… U nas też rodzą się talenty. W Wiśle widziałem kilkunastu dobrych zawodników.

W jakim wieku, bo to chyba kiepski przykład.
Szesnaście lat. Ale takiego prawdziwego szkolenia nie ma pewnie żaden klub. Nie słyszałem, żeby szesnastolatek wchodził do pierwszego zespołu.

Zwróciłem uwagę, że to pana irytuje.
Irytuje mnie, bo widzę, jak funkcjonują nasi trenerzy. Byłem na meczu Cracovia – Wisła do lat 16. Grają ciekawi zawodnicy. A gdzie jest trener dorosłej Wisły, żeby zobaczyć tego szesnastolatka? Przecież to największy splendor. Niech powie: „ty, ty i ty przyjdźcie na trening”. Przecież oni nie muszą grać. Ale można im pokazać, że to może być ich zawód. Dziś 15-latek nie wie, co będzie robił. Podoba mu się ubranie, dyskoteka, chce się pokazać, ale brakuje determinacji. A jak dostanie impuls, to pomyśli: „kurczę, dostrzegł mnie”. Tyle że kluby wolą ściągać Serbów i Litwinów, bo to konkurencyjny rynek.

Czytałem, że bronił pan w mediach obecnych obowiązków Tomasza Rząsy, które są bardzo krytykowane.
Kto go krytykuje?

Wszyscy.
Słuchaj, jak ktoś krytykuje, to pewnie ze względu na naszą mentalność. Nie wiem, może to zazdrość?

Czego Mateusz Borek miałby zazdrościć Rząsie?
A to Mati go krytykuje?

Między innymi.
Nie wiem, nie znam argumentów.

Po co reprezentacji dyrektor ds. mediów, skoro jest rzecznik prasowy. Dlaczego facet, który osiągnął tak dużo, podaje dziś mikrofon dziennikarzom? Jaki to ma sens?
Bo były zawodnik najlepiej wie, kiedy robić konferencje, kiedy zawodnicy mają ochotę udzielić wywiad. Jego komunikaty są bardzo precyzyjne. Reprezentacja potrzebuje ludzi, którzy będą mówić czytelnie i poprawiać wizerunek. Tomek wzbudza zaufanie i mówi konkretnie.

Od mówienia nie jest rzecznik prasowy?
A jest taki w ogóle?

No jest, Agnieszka Olejkowska.
Być może, ale rzecznik może nie czuć piłki. Rzecznik ma komentować działania w PZPN-ie. To, co się dzieje wewnątrz reprezentacji, to już idealne działanie dla Tomka. Widzi, co się dzieje na treningu, na odprawach. Jego doświadczenie powinno być spożytkowane.

Ale nie ma lepszego sposobu? Rząsa mógłby się choćby kontaktować z innymi federacjami.
To może załatwiać Konrad Paśniewski, SportFive. Polska nie gra w eliminacjach i w takim okresie ciężko o silnego przeciwnika. Tomek widocznie dzieli te funkcje, bo z tego, co wiem, to teraz pojechali do Austrii oceniać ośrodek, w którym reprezentacja ma się przygotowywać do Euro.

Kolejna dziwna decyzja, że reprezentacja nie przygotowuje się do Euro w Polsce.
Bardzo dobra decyzja.

Bardzo dobra?
Bardzo dobra. W czasie Euro będą w Polsce. A wcześniej będą potrzebowali spokoju, żeby móc się skoncentrować. Kadra to nie lunapark.

Nie mówię o wystawianiu zawodników na środku rynku, ale w Austrii nie poczują atmosfery mistrzostw.
No to przyjadą parę dni przed mistrzostwami do Warszawy i będą się przygotowywać na boisku Polonii. Dlaczego Hiszpania nie przyjeżdża do Polski? Albo Holandia?

Są w innej sytuacji. To nie gospodarze.
Wszyscy są w tej samej sytuacji. Dlaczego Real nie zostaje w Madrycie przed sezonem? Bo będzie czas, żeby się zintegrować z kibicami. Najważniejsze, żeby nie zamykać wszystkich treningów, jak trener na mistrzostwach w Niemczech. Kibice chcą cię dotknąć, porozmawiać, ale wcześniej potrzebujesz naładować baterie, potrzebujesz spokoju i komfortu pracy. Najłatwiej byłoby wybudować boisko na Rynku w Krakowie, żeby wszyscy mogli się napatrzeć. A gdzie miejsce na koncentrację? Byłem w Realu tyle czasu i wiem, jak reagują zawodnicy na czterdzieści kamer.

Jak reagują? Nie sprężają się, żeby lepiej wypaść? Zresztą, to inna sytuacja. Ronaldo piłka nie odskoczy, a Xabi Alonso nie wywali w trybuny.
Aha, to o to chodzi. Że chcecie zobaczyć, czy ktoś dobrze przyjmie piłkę.

Nie, że my chcemy zobaczyć, tylko taka presja jest, moim zdaniem, dobra.
Jaka presja? Presja to jest wtedy, jak ojciec ma trójkę dzieci i nie może ich wyżywić.

Pełna zgoda. Ale mówię o pozytywnej presji.
Sami sobie ją powinniśmy zarzucić. To nasz zawód. Presja powstaje, jak się zablokujemy i media będą naciskać, że mają rację. Wspierajmy decyzje reprezentacji. Mamy tendencję, żeby krytykować wszystko. Świeci słońce, nieee, jest za gorąco. Piętnaście stopni, fajna pogoda. No nie, za zimno. Do wszystkiego się trzeba dostosować. Jak my z Realem lataliśmy dwanaście godzin do Chin czy Los Angeles, to miałem narzekać? Nie, to część twojego zawodu i masz to akceptować. Tak samo będzie z chłopakami. A tu wszystko jest krytykowane. Wyjeżdża zespół do Austrii i pytanie: czemu wyjeżdża?! Powinien zostać w Warszawie.

Pan jest pewnie przyzwyczajony do hiszpańskich mediów, które są łagodniejsze.
Nie są łagodniejsze. Wiesz, jaka jest różnica? Po pierwsze – język piłkarski w Anglii i Hiszpanii jest dużo bogatszy, po drugie – w Anglii wszystkie treningi mieliśmy zamknięte. Piętnaście minut dla dziennikarzy przy okazji meczu w Lidze Mistrzów, żeby operatorzy kamer mieli przebitki. Dziennikarz nie ma szans na ocenę. Mourinho też to przeniósł do Madrytu. Otwarty trening? OK, dwa razy w tygodniu po piętnaście minut. I zespół nie zastanawia się nad tym, jak wygląda w kamerze. Czemu pytasz mnie o takie rzeczy, o zgrupowanie w Austrii, a nie o to, czy gramy dwoma napastnikami lub bardziej wysuniętą obroną?

Gdybym miał pytać o każdy detal, to byśmy jutro wyszli z tej restauracji.
Ale w Hiszpanii o tym rozmawiają.

Tam programy po lidze trwają po kilka godzin.
Tego u nas brakuje. Jak za Beniteza w Liverpoolu graliśmy z drużyną hiszpańską, to mówił: „panowie, nie odpowiadajcie na pytania o grę. Rozmawiajcie na każdy temat, tylko nie na ten, co chcecie robić na boisku”. W Polsce też mówimy o wszystkim, tylko nie o ważnych rzeczach. Czemu hotel w centrum Warszawy… I tak dalej, i tak dalej. Kropka po kropce. Sorry, ja jestem gaduła, ale spróbuj to zrozumieć. Gdyby mieli otwarty trening, to skakaliby sobie po głowie, żeby być zauważonym, niekoniecznie koncentrując się na boisku.

To widocznie kwestia indywidualna. Jerzy Dudek woli trening w spokoju i wyciszenie, a Zbigniew Boniek wolał atmosferę turnieju.
Ale oni też wyjeżdżali do Zakopanego czy do Wisły. Tam, gdzie mieli oazę. Przecież nie trenowali w centrum miasta. To tak, jakbyś ty miał pisać reportaż w ulu. Masz przepisać wywiad, a ludzie krzyczą i nie możesz się skupić. No i masz presję, a w spokoju powinieneś ocenić to, co zrobiłeś. Przecież kibice i tak będą patrzyli! Sam nie wiem, czy nie lepiej byłoby pojechać do Wieliczki, z dala od centrum. Popatrzmy na taką Brazylię.

No, oni przegięli, sprzedawali bilety na treningi, a na boisko w trakcie zajęć wpadały dziewczyny.
Nie ma reguły, czy mieszkamy w kraju, czy za granicą. Każdy trener powinien ocenić, co jest najlepsze dla jego drużyny. Co innego trenowanie w Austrii, samolot, mecz i znowu powrót do Austrii. Dlatego tej decyzji będę bronił. Bądźmy optymistami, poważnie! Pamiętam, jak przed ogłoszeniem decyzji, kto będzie gospodarzem na Euro, miałem taki speech w Cardiff. Mówię: „dajcie nam ten turniej. Jesteśmy odpowiedzialni, zasługujemy na to”. Potem wróciłem do Liverpoolu, bo mieliśmy mecz. Dzwoni żona: – Wiesz, że mamy organizację?
– Co ty gadasz?! Niemożliwe.

Zalał mnie zimny pot, jak zobaczyłem Platiniego wyciągającego tę kartkę. Z jednej strony byłem przerażony, bo wiedziałem, jakie mieliśmy wtedy warunki, z drugiej – to jedyna szansa, żeby zrobić dwa kroki do przodu. Od tamtej pory wykonaliśmy tak dużo świetnej roboty, ale i tak narzekamy. Zauważyłem, że mamy taką narodową cechę, że lubimy się pozytywnie zdziwić. Narzekamy: „nieee, pewnie się nie uda. Organizacja nie wypali”. Czekam na ten dzień… Początek Euro, kiedy wszystko będzie perfekcyjne, a ja będę super szczęśliwym człowiekiem.

About these ads

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Twitter picture

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s